Kontrast

A A A A

Rozmiar tekstu

A-   A+
Polityka

16 stycznia, 2019

Bełkot nienawiści

Pięć i pół roku przesiedział w więzieniu. Ledwo co wyszedł na wolność i znów trafił za kratki — teraz pewnie na dłużej. W niedzielę na oczach tłumu kilkakrotnie ugodził nożem Bogu ducha winnego człowieka.

Zanim karetka pogotowia z ofiarą ataku — prezydentem Gdańska dotarła do szpitala, pojawiły się „diagnozy”, że atak jest efektem mowy nienawiści. Oczywiście oskarżenia skierowano pod adresem rządzących, bo przecież język nienawiści to wyłączna domena zwolenników „dobrej zmiany”. „Obrońcy demokracji” mówią wyłącznie językiem miłości, co zresztą można sprawdzić np. w mediach społecznościowych.

Prawdę mówiąc nie ma to większego znaczenia, bo mamy tu do czynienia z podręcznikowym wręcz przypadkiem pomieszania skutku z przyczyną. To język jest uzewnętrznieniem uczucia, a nie odwrotnie. Zaryzykuję nawet tezę, że czasem mowa może byś swoistym wentylem bezpieczeństwa, przez który nadmiar negatywnych uczuć powoli znajduje upust.

Nienawiść jest przeciwieństwem miłości, a rodzi się jako efekt doznanej krzywdy. Nożownik z Gdańska najwyraźniej takim przekonaniem się kierował. W swoim subiektywnym odczuciu został niesłusznie skazany w czasie, gdy krajem rządziła Platforma Obywatelska. Być może jakieś znaczenie miał tu też fakt, że w zakładach karnych większość stanowią wyborcy tejże partii. Jeżeli za ich przyczyną doznał jakiejś krzywdy, jego umysłem zawładnęła nienawiść. To nie jakaś „mowa” skłoniła go do popełnienia zbrodni. W murach więziennych z przyczyn wyżej przytoczonych z takową (w odniesieniu do polityki) raczej się nie spotkał. Jest natomiast wysoce prawdopodobne, że „pod celą” spotkał się z fachowcami, którzy nauczyli go jak skutecznie władać nożem.

Kilkanaście godzin po ataku w mediach pojawiła się informacja, że sprawca cierpi na schizofrenię paranoidalną i niedawno odstawił leki. Nie przeszkodziło to obsesyjnym komentatorom życia publicznego do obciążania np. prezesa partii rządzącej winą za śmierć śp. Pawła Adamowicza. Nawet jeżeli choroba psychiczna mordercy okaże się wątpliwa, nie da się uniknąć wrażenia, że lawina oskarżeń jest niczym innym, jak właśnie mową nienawiści, która odzwierciedla stan umysłu tych, którzy na wyrost obwiniają przeciwników politycznych, ale także „niepoprawnie upolitycznionych” dziennikarzy.

W całym tym słowotoku na dalszy plan zeszła tragedia ofiary, jego rodziny i przyjaciół. Tych prawdziwych — nie tych, którzy jeszcze niedawno odmawiali prezydentowi Gdańska miejsca na swojej liście wyborczej, a dziś leją krokodyle łzy i wygłaszają peany pod jego adresem.

Nie sposób zrozumieć tych, którzy wykorzystują nieszczęście do swoich politycznych rozgrywek. Nie ma usprawiedliwienia dla tych, którzy nad trumną sączą toksyczne słowa, które wypływają z ich serc wypełnionych jadem silniejszym, niż jad pustynnego tajpana. Można wszystko tłumaczyć zbliżającymi się wyborami, ale czy w obliczu nadchodzącej walki o stołki mamy zatracić resztki człowieczeństwa. Powiem więcej, trudno oprzeć się wrażeniu, że ta tragedia spadła — czy raczej wyzionęła — opozycyjnym politykom wprost z piekła.

Owszem tuż po tragedii z różnych stron pojawiły się głosy nawołujące do opamiętania, do zaniechania agresywnej retoryki, do zasypania okopów. Czy to realne? Nie sądzę. Bardziej prawdopodobne jest to, że tragedia w Gdańsku jeszcze bardziej podgrzeje atmosferę polityczną, jeszcze bardziej nakręci spiralę nienawiści. Dla niektórych prezydent Adamowicz stał się bojownikiem, który zginął na polu walki i którego teraz trzeba co najmniej werbalnie „pomścić”.

Nie można w tym miejscu nie zapytać o zabezpieczenie imprezy, na której doszło do morderstwa. Jakim cudem człowiek biega z nożem po scenie i nikt nie reaguje. Co więcej, dlaczego nożownik został na tą imprezę wpuszczony. Myślę, że śledczy powinni za jakiś czas również na te pytania udzielić odpowiedzi.

— Tajpan

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *