Kontrast

A A A A

Rozmiar tekstu

A-   A+

Jeszcze o wojennym stanie

38 lat temu chociaż była niedziela nie było „Teleranka”. Zamiast tego popularnego programu dzieci zobaczyły w telewizorach sowiecką marionetkę w ciemnych okularach – Jaruzelskiego. Ten, ubrany w mundur polskiego generała, a ściślej mówiąc generała armii Ludowego Wojska Polskiego, poinformował Naród, że w nocy z kilkoma innymi, takimi jak on, stworzył juntę wojskową pod nazwą Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego i rękami (jeśli można tak powiedzieć) ówczesnej Rady Państwa, czyli organu pełniącego funkcję zbiorowej głowy państwa) wprowadził w Polsce stan wojenny. Dla porządku trzeba przypomnieć, że nasza Ojczyzna w tamtym czasie nazywała się Polską Rzeczpospolitą Ludową (ot takie masło maślane, bo „rzeczpospolita” i „ludowa” to w gruncie rzeczy to samo, tyle że to pierwsze określenie wywodzi się z łaciny, a trudno przypuszczać, że komuniści w czasie, gdy nazywali to swoje „państwo”, znali łacinę; niektórzy to nawet z językiem polskim mieli problem) .

Niedorzeczne to było, bo stan wojenny ogłasza się w momencie zewnętrznego zagrożenia państwa, ale Jaruzelski nie miał za bardzo wyboru, bo w komunistycznej konstytucji nie było czegoś takiego, jak stan wyjątkowy, wprowadzany w normalnych krajach w momencie problemów wewnętrznych. Komunistyczna władza, była świecie przekonana, że jest tak dobra, że żadne niezadowolenie ludu nie ma prawa bytu. Prawdę mówiąc, samo wprowadzenie stanu wojennego też było nie za bardzo zgodne z ówczesnym prawem, bo nie było żadnych aktów prawnych regulujących istnienie stanu wojennego i Rada Państwa wydała stosowny dekret z mocą ustawy, nie mając do tego prawa.

I tak Jaruzelski — nazywany od tego momentu przez Naród „chuntem” — wypowiedział temuż Narodowi wojnę, co osobiście ogłosił w telewizorach w czasie antenowym przewidzianym na wspomniany „Teleranek”. Wcześniej rzeczony chunt kilkakrotnie błagał sowieckiego „ojca chrzestnego” bolszewickiego imperium Breżniewa o pomoc, ale ten zajęty wojną w Afganistanie do zbrojnej interwencji się nie kwapił. Na dodatek amerykańskie floty na Morzu Śródziemnym i Pacyfiku, na polecenie ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki – Ronalda Reagana, doskonale zorientowanego w sytuacji dzięki bohaterskiej ucieczce do USA jednego ze sztabowców Jaruzelskiego, gen. bryg, (wówczas pułkownika LWP) – Ryszarda Kuklińskiego, przejawiały nadzwyczajną aktywność.

Tak naprawdę to „wojna” rozpoczęła się w nocy, jeszcze przed północą. Bojówki bezpieki i innych tworów milicji obywatelskiej zaatakowały mieszkania działaczy związkowych Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” i innych opozycjonistów, w efekcie czego wypełniły się areszty śledcze i utworzone na potrzeby stanu wojennego ośrodki internowania, gdzie bez wyroków przetrzymywano rzeczonych działaczy i opozycjonistów. Mimo zastosowanych szykan nie udało się bezboleśnie spacyfikować zakładów pracy. Polała się krew. Na kopalni „Wujek” zginęło 9 górników. To przypadek najgłośniejszy, ale ofiar było więcej – bezpośrednich i pośrednich: na przykład ktoś musiał umrzeć, bo odłączono telefony i nie można było wezwać pogotowia ratunkowego.
Wiele załóg rozpoczęło okupację swoich zmilitaryzowanych zakładów pracy. Tak było m.in. w Tarnowskich Górach, gdzie podobnie, jak półtora roku wcześniej stanął „FAZOS”.

Oficjalnie przyjmuje się, że bezpośrednich ofiar było 40. Przyczyn ponad 120 zgonów działaczy związkowych i opozycyjnych nie udało się ustalić. Liczba bezpośrednio represjonowanych sięgała dziesiątków tysięcy. Szykany miały różną formę i nateżenie (jeden z ówczesnych żołdaków twierdzi dziś, że były nawet całkiem kulturalne): zatrzymania, aresztowania, internowania, pobicia, zwalnianie z pracy i uczelni, powołania do wojska to tylko część „repertuaru” komunistycznej bezpieki. Wojna polsko-jaruzelska zatrzymała proces dochodzenia Polski do wolności o 10 lat, ale ostatecznie Naród wygrał, chociaż zdaniem wielu w dużej mierze było to zwycięstwo pyrrusowe.

Pół roku temu miałem okazję stanąć w miejscu gdzie w sierpniu 1980 roku stał stół, na którym podpisywano porozumienia gdańskie. Dziś sala BHP stoi na rozległym rumowisku, a stocznia, do której wówczas należał ten obiekt, praktycznie nie istnieje. Pomnik poległych stoczniowców (słynne trzy krzyże) stoi przed stoczniową bramą, ale żeby wejść na teren niegdyś stoczniowy, nie trzeba przechodzić przez bramę; można przejść obok. Nie istnieje też tarnogórski „FAZOS” i wiele, wiele innych zakładów pracy, dla których na gospodarczej mapie wolnej Polski zabrakło miejsca. Nigdy uczciwie nie osądzono też „wojennych” zbrodniarzy, większość z nich dożyła we względnym spokoju swoich dni, starając się przekonać Naród, że oni przecież chcieli dobrze.
Tadeusz M. Ostropolski

Możliwość komentowania jest wyłączona.