Kontrast

A A A A

Rozmiar tekstu

A-   A+

Krajobraz po bitwie.

Krajobraz po bitwie.

Kurz bitewny powoli opada i wraca normalność (przynajmniej na jakiś czas). Partia trzech prezesów pokonała partię pięciu prezesów, ale i tak ostatecznie niczego to nie zmieni, bo w europarlamencie partia pięciu prezesów będzie górą. Dlaczego tak dziwnie określam koalicje zawarte przed wyborami przez polskie partie polityczne (teraz jest taka moda, żeby mówić „ugrupowania” chociaż faktycznie jest to termin wojskowy)? Ano dlatego, że koalicje mają sens wówczas, gdy zawierane są po wyborach: wtedy poszczególne partie coś własnego do nich wnoszą. Tymczasem w Polsce powstały koalicje przed wyborami. Z punktu widzenia wyborcy są one partiami, z wielością prezesów, bo ani przed wyborami, ani po — stronnictwa (to taki stary polski termin na określenie partii politycznej) wchodzące w ich skład nie mają możliwości wykazania swojej odrębności. Obie wspomniane koalicje mają swoje partie wiodące z „głównymi” prezesami tak naprawdę „rozdającymi karty”. Dla porządku wspomnę, że w ostatnich wyborach uczestniczyły jeszcze dwie mniejsze koalicje (strukturalnie podobne do tych większych), a także jedna partia i jedna niepartia.

Co dalej z partiami–koalicjami? Czy dotrwają do wyborów parlamentarnych? Ta rządząca pewnie tak, bo niby czemu miałaby się rozpaść? Ta opozycyjna trzeszczy w szwach, bo — inaczej, niż pozostałe — nie ma żadnego spoiwa ideologicznego. Jedynym celem jej istnienia jest odsunięcie od władzy tej rządzącej, a jedynym beneficjentem tegoż istnienia jest partia postkomunistyczna, która utrzymała swój stan posiadania w europarlamencie. Nic zatem dziwnego, że prominentny jej działacz, a od niedzieli europoseł Leszek Miller nie widzi alternatywy dla partii pięciu prezesów. Mniejsze koalicje wprawdzie progu nie przekroczyły, ale „poczuły zapach krwi” i teraz pewnie też nie odpuszczą.

Niedzielne wybory zakończyły kampanię do parlamentu europejskiego i rozpoczęły (na razie jeszcze nieoficjalną) batalię o mandaty do krajowego sejmu i senatu. Jak można się spodziewać, będzie ostro, może nawet bardziej, niż było. Prawdopodobnie Kościół, któremu partia pięciu prezesów próbowała przykleić twarz stronnika partii trzech prezesów trochę odetchnie, bo amunicja — w postaci tematu pedofilii wśród księży — nagle jakby się wyczerpała. Nawiasem mówiąc, politycy partii pięciu prezesów tak bardzo chcieli walczyć z pedofilią, że wybiegli z sejmu na wojnę zanim ten przyjął zmiany w kodeksie karnym zaostrzające kary m.in. za pedofilię.

Tak czy owak, wygląda na to, że Kościół aczkolwiek mocno poobijany (to akurat nic nowego) kolejną próbę ognia przetrwał. List biskupów odczytany w niedzielę z ambon wprawdzie krzywd zadanych ofiarom nie cofnie, ale przynajmniej wyraża współczucie i daje nadzieję na skuteczniejszą walkę z tą dewiacją w Kościele. Takiej perspektywy póki co nie mają pokrzywdzeni przez pozostałych pedofili, a tych jest bez porównania więcej. A prawda jest taka, że dla ofiary nie ma większego znaczenia, kto był jego oprawcą, nawet jeżeli w przypadku pedofila w koloratce zgorszenie jest znacznie większe.

Jest jeszcze kwestia „zamiatania pod dywan” sprawy przez polskich biskupów. Nie zamierzam nikogo usprawiedliwiać, ale wiem, że zazwyczaj pierwszą reakcją biskupa na niewłaściwe zachowanie księdza (a wykroczenia bywają różne) jest natychmiastowe przeniesienie na inną placówkę celem uniknięcia zgorszenia. Dopiero potem następuje dochodzenie i ewentualna kara.

O tym, że w Kościele doszło do zaniedbań mówią dziś sami biskupi. Jednak posypywanie głowy popiołem też musi mieć swój umiar, bo inaczej stanie się pustym gestem, a wielu publicystów, również katolickich, zdaje się nie dostrzegać, że słuszna walka z pedofilią w Kościele w pewnym momencie została wykorzystana do osiągnięcia celu politycznego, jakim była próba zneutralizowania biskupów przed wyborami. Wobec hierarchów w nieprzyjaznych Kościołowi mediach zastosowano zasadę zbiorowej odpowiedzialności. Póki co nie przeprowadzono żadnego dochodzenia. Nie wiadomo na czym miałyby polegać winy biskupów, ale tu i ówdzie pojawiły się „informacje”, że niektórzy zostaną pozbawieni urzędu. W internecie można było nawet znaleźć listę hierarchów, którzy wkrótce mają być zdymisjonowani. Co najzabawniejsze (o ile w tym temacie cokolwiek może być zabawne) większość nazwisk to biskupi, którzy już dawno są na emeryturze, a jeden od ponad dziesięciu lat nie żyje.

Z drugiej strony trzeba mieć nadzieję, że niezwykle wpływowemu lobby pedofilskiemu nie uda się tematu wygasić i wkrótce więzienia zapełnią się jego członkami. Mówię o aktywnych pedofilach działających w różnych sferach życia publicznego, a nie tylko tych — w sumie nielicznych, ale skandalicznych — w koloratkach. Oby się tylko nie okazało, że politycy o pedofilii już zapomnieli.
Tajpan

Możliwość komentowania jest wyłączona.