Kontrast

A A A A

Rozmiar tekstu

A-   A+
Gospodarka

06 marca, 2019

Ostatni gasi światło

Digital StillCamera

Ostatni gasi światło

Restrukturyzacja — 90 osób do zwolnienia. Hiobowa wieść spadła na Tarnowskie Góry niczym grom z jasnego nieba. Ostatni z trzech niegdyś działających w mieście zakładów okołogórniczych stanął nad przepaścią.

Przedsiębiorstwo zatrudniające w czasach prosperity ponad 2000 pracowników, dziś — na skutek kolejnych reorganizacji — ma ich około 400; skurczyło się też terytorialnie. Firma na polskim rynku jest monopolistą w dziedzinie produkcji sprzętu ochrony dróg oddechowych dla górnictwa, pożarnictwa i wojska. Niestety monopol nijak nie przekłada się na efekty sprzedażowe. Na domiar złego w ostatnim okresie fabryka borykała się z problemem niskiej jakości swoich wyrobów, co skwapliwie wykorzystała konkurencja.

Z prawnego punktu widzenia firma jest spółką akcyjną tzw. pracowniczą. W takiej formie istnieje od 1997 roku. Wcześniej w tym miejscu funkcjonowało przedsiębiorstwo państwowe o nazwie podobnej, jak firma spółki. W ciągu ponad 21 lat istnienia zmieniła się struktura właścicielska spółki, bo zdecydowana większość pierwotnych akcjonariuszy jest już poza zakładem, a niektórzy jeszcze pracujący wielokrotnie zwiększyli swój stan posiadania akcji. Nijak ma się to do zysków, jakie powinni z tego tytułu osiągać, bo w całej swojej historii spółka praktycznie nie wypłaciła ani grosza dywidendy. Jeżeli były jakieś zyski, to były one wypłacane pracownikom. O ile na początku istnienia spółki nie miało to większego znaczenia, bo zdecydowana większość pracowników była jednocześnie akcjonariuszami, a ilość akcji przypadająca na jednego pracownika była praktycznie jednakowa, to dziś duża liczba pracowników nie posiada żadnych udziałów w spółce, a liczba akcji w rekach poszczególnych akcjonariuszy jest bardzo zróżnicowana. W takiej sytuacji wypłacanie nagrody z zysku pracownikom, byłoby zakamuflowanym okradaniem akcjonariuszy. Aktualnie problemu nie ma, bo nie ma zysku.

Akcjonariusze nie mają też realnego wpływu na sposób zarządzania przedsiębiorstwem, bo radę nadzorczą spółki opanowały dwa związki zawodowe: „Solidarność” i zakładowy z OPZZ. To efekt naiwności (i lenistwa?) akcjonariuszy, którzy zamiast osobiście pofatygować się na walne zgromadzenie, udzielają pełnomocnictw wspomnianym związkom zawodowym. Oczywiście prowadzi to do sytuacji kuriozalnej, bo związki zawodowe z zasady reprezentują interesy pracowników, a nie pracodawców. Praktycznie wygląda to tak, że głos decydujący w firmie mają nie jej właściciele, ale przewodniczący związku zawodowego — nawet, jeżeli akcji nie ma wcale. Czyje interesy reprezentuje bardziej? Oto jest pytanie.

Przez ponad 21 lat spółką zarządzał prezes — jeden i ten sam. Czarne chmur nieraz gromadziły się nad firmą, nieraz wydawało się, że to już koniec: dywidendy nie było (potem i zysku), były zwolnienia, bezpłatne urlopy. Sprzedaż spadała, bo produkty były coraz mniej konkurencyjne. Kilka osób przewinęło się w tym okresie przez zarząd (cztero–, a później trzyosobowy), ale prezes pozostawał wciąż ten sam. O ile na początku istnienia spółki dochodziło do zgrzytów pomiędzy zarządem, a radą nadzorczą (wówczas miała on skład zróżnicowany – z członkami spoza firmy), później sytuacja się uspokoiła (w skład rady wchodzili tylko pracownicy fabryki — wszyscy pośrednio podlegli prezesowi). Prawdziwa sielanka.

Kilkakrotnie na horyzoncie pojawiali się inwestorzy gotowi wesprzeć finansowo przedsiębiorstwo, ale byli skutecznie przepędzani. Poszerzenie akcjonariatu dałoby firmie dodatkowe środki finansowe, ale z drugiej strony mogłoby skutkować utratą lukratywnych apanaży, a związki utraciłyby możliwość sterowania zakładem, wynikającą z posiadania większościowego pakietu akcji w postaci pełnomocnictw akcjonariuszy. Inwestorzy dostawali „czarną polewkę”, a zakład powoli dryfował w stronę „góry lodowej”.

Pod koniec ubiegłego roku rada nadzorcza się „obudziła” i — na pół roku przed końcem kadencji — odwołała prezesa, a następnie powołała nowego. Zazwyczaj w takiej sytuacji pełnienie obowiązków powierza się komuś z rady nadzorczej i organizuje konkurs. Tu nic takiego nie miało miejsca. Ni stąd ni zowąd — szeregowy pracownik stał się szefem zarządu. Jakimż cudem? I co ważniejsze, po co?

Co dziwne, „ścięto” tylko prezesa, a nietkniętym pozostawiono jego zastępcę. Lud dostał igrzyska, chociaż głowa prezesa daleko się nie potoczyła, bo następnego dnia po odwołaniu, były został doradcą nowego. To już zupełna osobliwość, bo jak ktoś, kto rzekomo nie umiał sam sobie doradzić, doradzi swojemu następcy?

Tak czy owak, w najważniejszym fotelu zasiadł nowy człowiek. W fabryce pojawiły się nowe twarze i plotki o uruchomieniu nowej produkcji, która uratuje firmę. Ot tak, ktoś machnie czarodziejską różdżką i będzie: dokumentacja, materiały, narzędzia, certyfikaty…, a na koniec konto pełne cyferek.
W baśniach Andersena nie takie dzieją się rzeczy, ale w szarej rzeczywistości o cuda raczej trudno.
Być może zadaniu uratowania fabryki podołałby, ktoś z „uprawnieniami cudotwórcy”, jednak pomysł, aby zlecić je „zwykłemu śmiertelnikowi” jest co najmniej dziwny.

Czym to się skończy? Na razie nie wiadomo. Zagadką pozostaje też to, czy będą pieniądze na wypłatę, na materiały, opłaty… A jeżeli nie — to czy pierwszy będzie burmistrz i za niezapłacony podatek od nieruchomości znów zabierze połać ziemi, czy też uprzedzi go komornik zajmujący maszyny na poczet zaspokojenia innych wierzycieli. Pewne jest tylko to, że w razie czego ostatni gasi światło.
Tajpan

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *